Horror, że pożal się Boże
Ostatni film znanego reżysera z Wenezueli przeszedł właściwie bez echa. Publiczność nie dopisała, zaś krytyka to wątpliwej jakości dzieło dosłownie zmiażdżyła. Zapowiadany jako jeden z najbardziej ambitnych obrazów minionego roku, film ów okazał się gniotem, jakich mało.

W zamyśle miał to być horror z elementami komedii, a wyszedł z tego… No, wyszło, co wyszło. Przykładowa scena, ilustrująca beznadzieję tej produkcji. Oto cmentarz, gdzieś na odludziu, wzdłuż alejki ustawione świeczniki. Nagle spośród grobów wynurza się coś – jakiś potwór, zjawa, trudno stwierdzić – natomiast główna bohaterka, Dolores, pielęgniarka z wiejskiego szpitala, która zapędziła się na cmentarz w poszukiwaniu eliksiru zapewniającego nieśmiertelność, zaczyna wrzeszczeć i mdleje. Kolejna scena: Dolores budzi się na tratwie dryfującej gdzieś na morzu, a zza kadru głos oznajmia, że nigdy nie wiesz, drogi widzu, co jest snem, a co jawą. Temu reżyserowi i temu scenarzyście to wypada serdecznie podziękować. I wypada też mieć nadzieję, że kolejne produkcje tego typu ominą nasz kraj podczas dystrybucji.